Bajki dla dzieci
- Cheddaria w opałach – Wielki atak przez kanał
W kociej kryjówce panował rzadko spotykany spokój. Biceps przestał pompować swoje łapy, a Macher nie przerabiał właśnie starych butelek na rakietę. Zamiast tego, obaj wpatrywali się w mapę kanalizacji Cheddarii, narysowaną na odwrocie pocztówki z napisem: „Pozdrowienia z Krainy Serowych Radości!” — Zobacz. Tu wchodzimy. Tędy idziemy. I bach! Wysuwamy się prosto pod fontannę z serem! — Macher wskazał szlaczki narysowane kredką. — A potem? — zapytał Biceps, przygryzając ołówek. — Potem bierzesz króla na bary i biegniemy do wyjścia. Proste! Plan był absurdalny, ale nie bardziej niż poprzednie. Dlatego godzinę później dwaj koty stali już przy zardzewiałej kracie pod wzgórzem. Biceps rozgiął ją łapkami jak plastelinę, a Macher wsunął się pierwszy, trzymając w zębach latarkę ze słoika po miodzie, w którym paliła się świeczka. W kanałach panował półmrok, wilgoć i zapach starych skarpetek. Koty szły ostrożnie, próbując stawiać łapy tylko na suchych kawałkach cegieł. Rury sapały, a kapanie wody tworzyło złudzenie, że ktoś idzie tuż za nimi. Biceps co chwilę się odwracał. — Słyszałeś to? — szeptał. — To echo twoich kroków. I burczenia w brzuchu — odparł Macher, choć sam zaczynał się niepokoić. Szli zakręt po zakręcie. Raz natknęli się na porzucone wiadro z wyschniętym serem, innym razem minęli śpiącego jeża, który spojrzał na nich jednym okiem i kontynuował drzemkę. Gdy przechodzili pod zawaloną kratą wentylacyjną, Macher złapał się za ucho. — Tu musimy skręcić w prawo… albo w lewo. Ale bardziej w prawo. Tak na 63 stopnie. — Masz kompas? — Mam instynkt! — odparł dumnie i poszedł… prosto. Tunel zwężał się i skręcał, a koty przeciskały się jak wąż w labiryncie rurek. Macher z coraz większą determinacją prowadził ich dalej, choć w duchu przyznawał, że zgubił się dziesięć minut wcześniej. — Gdzie ta fontanna? — sapnął Biceps. — Już niedaleko! — rzucił Macher z udawaną pewnością. W końcu trafili do wąskiej wnęki z wielką, starą rurą. Obok niej widniał zawór z napisem: „Tylko dla serwisu technicznego. NIE DOTYKAĆ.” — Zawsze piszą takie rzeczy, żeby zmylić sprytnych — mruknął Macher i szarpnął za zawór. Na początku nic się nie stało. Ale potem… coś w rurze zabulgotało. Ściany zadrżały. A na dziedzińcu Cheddarii… Fontanna z topionym serem zachrumczała, zapiszczała i… wybuchła. Zamiast zwykłej strugi, wyrwała się potężna fala gęstego, ciepłego sera. Myszy z piskiem rzuciły się na boki. Dzieci zrobiły z sera zjeżdżalnię. Król Gryzomir schował się pod stołem piknikowym. A w samym epicentrum, z pokrywą od kanału wylatującą w powietrze, wyskoczyli… Macher i Biceps. Prosto do fontanny. Biceps zanurkował jak foka, wynurzył się z serem na uszach i zapytał: — Czy to… zwycięstwo? Macher, wciśnięty w rurkę od kanalizacji, odpowiedział: — To… eksplozja gastronomiczna. Na murach pojawił się Sir Gucio. W pelerynie ubrudzonej serem, z mieczem uniesionym w górę, ogłosił: — Oto głos duchów! Ser sam nas obronił! Bracia i siostry, chwała roztopionej zaporze! Myszy wiwatowały, choć większość nie wiedziała, o co chodzi. Dzieci robiły serowe aniołki. Bonifacy, kucharz zamkowy, zakrył oczy i mruknął: — Kto mi teraz pozbiera ten ser z dziedzińca? Tymczasem koty, ociekające serem, powoli czołgały się do wyjścia. Macher wciąż miał rurę na głowie, wyglądając jak rycerz z konserwy. Sir Gucio podsumował: — Czasem wystarczy poczekać… a ser sam się zemści. Cheddaria spała tej nocy pachnąc serowym przypałem. A koty? Marzyły o planie, który nie będzie zawierał rur, fontann ani czegokolwiek, co bulgocze. - Świąteczna misja Szymańskich – Rozdział 1.
W domu Szymańskich przygotowania do świąt trwały w najlepsze. Salon zdobiła już pięknie udekorowana choinka, której igły pachniały świeżym lasem. Na jej gałązkach lśniły kolorowe bombki i ręcznie robione ozdoby. Wokół sofy, przy stole i przy choince krzątało się troje dzieci – rodzeństwo trojaczków, które zawsze trzymało się razem, choć każde z dzieci miało swój własny niepowtarzalny charakter. Julka, starsza od swoich braci o kolejno pięć i dziesięć minut, miała artystyczną duszę. Każdą rzecz dopracowywała w najdrobniejszym szczególe, a stworzenie z pierniczków małych dzieł sztuki uważała za swój obowiązek. Jej jasne włosy były zawiązane kokardką, a w tej chwili zajmowała się lukrowaniem korzennych bałwanków, starannie wybierając kolory. Obok niej stał Antek, który w naturalny sposób przewodził rodzeństwu. Był najodważniejszy i najgłośniejszy, a to często oznaczało, że to właśnie jego pomysły przeważały w rodzinnych zabawach. Teraz, choć sam nie mógł doczekać się świąt, bawił się w komentowanie tego, co robiła Julka – jako lider zawsze miał swoje zdanie, nawet w kwestii lukru. Jakub, w okularach i z książką w ręku, do wszystkiego podchodził z naukowym zacięciem. Jego analityczny umysł skłaniał go do zadawania pytań i badania świata. Nawet teraz kieszenie jego spodni skrywały pozostałości po niedawnych eksperymentach – kawałki kory cynamonu i okruchy piernika, które testował ukradkiem, badając ich smak. Trzeba przyznać, że bardziej przypominało to podjadanie, niż prawdziwe eksperymenty. – Julka, nie wykładaj całego lukru na jednego bałwanka! – śmiał się Antek, kręcąc głową. – On jest bielszy niż śnieg na podwórku! – Jakub, a ty przestań podjadać! Mikołaj cię widzi! – Julka upomniała drugiego brata jakby w odpowiedzi. Mama, która przygotowywała na kuchennym blacie ciasto na pierogi, zerknęła na dzieci z rozbawieniem. Dzieci były wyraźnie podekscytowane zbliżającymi się świętami i nic dziwnego – co roku święta u Szymańskich były wyjątkowe, pełne zabaw, niespodzianek i magii. Tata natomiast próbował rozwiesić ostatnie świąteczne lampki. Trochę się z nimi męczył, czego dzieci nie omieszkały skomentować. – Tato, tylko postaraj się nie przewrócić choinki! – ostrzegł Jakub, kiedy tata z zacięciem na twarzy wieszał przewód pod sufitem. – Spokojnie, choinka jest bezpieczna. Mocno jesteście zajęci? Czas przejrzeć świąteczne kartki od naszych najbliższych. Tata wziął ze stolika stos świątecznych kartek i zaczął je przeglądać. Większość wyglądała podobnie, ale w pewnym momencie jego wzrok padł na coś nietypowego. Wśród kopert z życzeniami od przyjaciół i rodziny znalazł coś, co wyglądało zupełnie inaczej niż reszta. – O! A co my tu mamy? Była to czerwona koperta ze złotymi zdobieniami, delikatnie pachnąca świerkiem i jakby… lśniąca. W rogu widniał stempel z gwiazdką. Tata podniósł kopertę, marszcząc czoło. – Spójrzcie na to – powiedział, pokazując tajemniczy list reszcie rodziny. – Czy to list od Świętego Mikołaja? Wysłany do nas? Dzieci stłoczyły się wokół stołu, podeszła również mama. – Myślałam, że to my piszemy do Mikołaja, a nie on do nas! – dziwiła się Julka, spoglądając na kopertę jak zaczarowana. – Może to pomyłka? – zastanawiał się Jakub niepewnie, ale jego oczy błyszczały z ekscytacji, a analityczny umysł już zaczął formułować hipotezy. – Ale na kopercie jest nasz adres. Chyba jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać, co Mikołaj od nas chce… – powiedziała mama, równie zaintrygowana całą sytuacją. Tata ostrożnie otworzył kopertę, a dzieci wyciągnęły szyje, by nic im nie umknęło. W środku znajdował się list napisany pięknym, ozdobnym pismem. Kochana rodzino Szymańskich, Piszę do Was z dalekiej Laponii, ponieważ potrzebuję Waszej pomocy. Jeden z moich reniferów miał za zadanie dostarczyć szczególne prezenty na miejską Wigilię, ale niestety zaginął gdzieś w Waszej okolicy. Ja sam jestem teraz bardzo daleko, gdzie rozwożę inne prezenty, i obawiam się, że nie zdążę wrócić na czas, by go odnaleźć. Wiem, że to wielka prośba, ale jesteście moją jedyną nadzieją. Tylko Wy możecie prześledzić jego trasę i pomóc mu na czas! Z najlepszymi życzeniami Święty Mikołaj PS Mój przyjaciel – Roman – prowadzi w mieście piekarnię. Często go odwiedzam, może będzie mógł Wam pomóc. Kiedy tata skończył czytać, dzieci wydały z siebie głośne okrzyki radości i niedowierzania. – Musimy pomóc! Przecież święta bez prezentów nie będą takie same! – Julka aż podskakiwała z przejęcia. – Czyli mamy szukać renifera? Ale jak? Czy on naprawdę lata? – zapytał Antek, który z wrodzoną pewnością siebie już planował kolejne kroki. – Na pewno znajdziemy jakiś trop! – stwierdził Jakub, przypominając sobie historie o reniferach, które słyszał od rodziców. Rodzina zebrała się wokół stołu, wszyscy wpatrzeni w list od Świętego Mikołaja. Julka, Antek i Jakub siedzieli w milczeniu, z wyraźną ekscytacją w oczach, ale i odrobiną niepewności. Czy rodzice pozwolą im wyruszyć na tak ważną misję? Czy naprawdę będą mogli pomóc samemu Świętemu Mikołajowi? Dzieci spojrzały na mamę, a potem na tatę, z niecierpliwością wyczekując ich decyzji. Mama i tata wymienili spojrzenia, w których kryło się zarówno zaskoczenie, jak i coś, co można było nazwać… dumą i powagą chwili. Bo przecież taka przygoda zdarza się raz w życiu, i to sam Święty Mikołaj prosi ich o pomoc. W końcu tata odchrząknął, starając się, by jego głos zabrzmiał spokojnie i poważnie, choć w oczach czaił mu się delikatny uśmiech. – Dzieci, to bardzo odpowiedzialne zadanie – powiedział z naciskiem. W pokoju zapanowała cisza, a rodzeństwo patrzyło na niego szeroko otwartymi oczami. – Mikołaj w liście wspomniał o swoim przyjacielu, który prowadzi piekarnię. Sądzę, że tam powinniśmy zacząć! Słowa taty były dla dzieci sygnałem do startu. Julka, Antek i Jakub podskoczyli z radości – wiedzieli już, że rodzice pozwolą im wyruszyć na tę wyjątkową świąteczną misję. Mama uśmiechnęła się, widząc, jak dzieci się garną do pomocy, i dodała żartobliwie: – Tylko nie zgubcie czapek po drodze. I nie martwcie się, mamy dość pierniczków na długą drogę. Cała trójka dzieci rzuciła się do przedpokoju, żeby włożyć ciepłe kurtki, szaliki i czapki, ścigając się, kto ubierze się pierwszy. W międzyczasie tata przygotował samochód do drogi, a mama wzięła koszyk z prowiantem – tak na wszelki wypadek. Gdy wszyscy byli już gotowi, jeszcze raz spojrzeli na migoczącą w oknie choinkę. Tata zamknął drzwi, pozostawiając światełka w domu, by czekały na ich powrót. Rodzina ruszyła w stronę samochodu, dzieci pełne energii i radości, rozmawiając wciąż o liście i swojej misji. – Myślicie, że piekarz naprawdę widział renifera? – zapytał Antek, moszcząc się w foteliku. – Zaraz się przekonamy. Trzymajcie kciuki, żebyśmy znaleźli pierwszy trop! – odpowiedziała mama, uśmiechając się do dzieci. Silnik zawył i samochód ruszył w stronę centrum miasta, gdzie czekała piekarnia – ich pierwszy przystanek w tej wyjątkowej świątecznej przygodzie. - Błysk i Klakson – 7: Ryzykowna jazda
Tor Spa-Francorchamps w Belgii był jednym z tych miejsc, gdzie nawet asfalt miał swoje humory. Zmienna pogoda, nagłe podmuchy wiatru i zakręty wygięte jak serpentyny sprawiały, że nawet najlepsi kierowcy jechali tu z respektem. Błysk był podekscytowany. Klakson – trochę mniej. Patrzył, jak inne zespoły rozkładają ogromne namioty, testują systemy telemetryczne, dyskutują z inżynierami przez zestawy słuchawkowe, których sam nie potrafiłby nawet podłączyć. On miał tylko swoją skrzynkę z narzędziami, kilkanaście karteczek z notatkami i garść intuicji. Czuł się jak ktoś, kto na olimpiadę przyjechał z zeszytem w kratkę i ołówkiem HB. — Wszystko gra? — zapytał Błysk, widząc, że jego mechanik jest dziś jakiś cichszy. — T-tak, tylko… inni mają całe sztaby. A my? Nasz zespół mieści się w jednej przyczepie i ma dwie ręce. — Może. Ale za to mamy więcej serca niż wszyscy razem wzięci — odpowiedział Błysk z uśmiechem. Kwalifikacje odbyły się przy suchej nawierzchni. Błysk pojechał czysto i szybko, choć z wyraźnym napięciem. Klakson wyczuwał to już w boksie – Błysk krążył w kółko, sprawdzał ciśnienie w oponach trzy razy, a tuż przed startem rzucił: — Teraz albo nigdy. Na torze jechał agresywnie, ale kontrolowanie. Na trzecim okrążeniu miał najlepszy czas dnia, ale jeden z rywali zepchnął go nieco szerzej i musiał odpuścić. Mimo to zajął trzecie miejsce — najwyższe od wejścia do serii mistrzowskiej. Klakson odetchnął i znów spojrzał w niebo. Chmury gęstniały. Skanował dane pogodowe, barometr, analizował wiatr. Co chwilę spoglądał w górę – niebo wyglądało jakby się wahało. — Masz przeczucie? — zapytał Błysk wieczorem, widząc go z nosem w notatkach. — Może. Chmury idą z północy. Deszcz może spaść znikąd. I może być intensywny. — Dobrze. Jak zacznie padać, powiedz mi, co robimy — rzucił Błysk i pojechał do garażu. Wyścig rozpoczął się spokojnie. Pierwsze dziesięć okrążeń minęło przy suchej nawierzchni i równym tempie. Błysk trzymał trzecie miejsce i jechał ostrożnie, czekając na okazję. A potem… spadła pierwsza kropla. Nie było grzmotu. Nie było ulewy. Ale dla Klaksona – to był sygnał. Zerknął na dane satelitarne, barometr i kierunek wiatru. Wszystko układało się w jeden, bardzo mokry wniosek. Błysk odezwał się przez radio: — Klakson. Mówią, że może popadać. Co myślisz? Traktor zawahał się na ułamek sekundy. — Nie wiem, czy wszyscy już to widzą. Ale ja… ja jestem pewien. Za dwie minuty zrobi się ślisko. — Na ile jesteś pewien? Pięćdziesiąt? Dziewięćdziesiąt procent? — Sto. Cisza. A potem spokojny głos Błyska: — W takim razie jedziemy do boksu. Podczas gdy inne zespoły wciąż obserwowały chmury, Klakson już trzymał gotowe opony deszczowe. Zmiana była błyskawiczna. Błysk wrócił na tor jako jeden z pierwszych z nowym ogumieniem. Dwie minuty później… zaczęło naprawdę padać. Ci, którzy zostali na torze, zaczęli się ślizgać. Leo, Zgrywus i inni próbowali dowieźć auta do boksów, ale tracili cenne sekundy. A Błysk? Sunął jak po szynach. Zakręty Eau Rouge i Blanchimont pokonywał z gracją, jakby tańczył w deszczu. Komentatorzy oszaleli. — Co za decyzja! Klakson, mechanik Błyska, chyba zna pogodę lepiej niż meteorolodzy! Na 28. okrążeniu Błysk objął prowadzenie. Klakson siedział w boksie z nieruchomym spojrzeniem, nie dowierzając, że to jego decyzja dała im przewagę. Do końca wyścigu Błysk nie oddał już pozycji. Gdy przekraczał linię mety, tłum wybuchł owacją. Pierwsze zwycięstwo w serii mistrzowskiej. Po wszystkim Błysk podjechał do Klaksona. — Wiesz, coś ci powiem. Dziś nie ja wygrałem ten wyścig. Ty go wygrałeś. Klakson spojrzał z niedowierzaniem. — Ja? — Ty. Bo zaufałem ci w najważniejszym momencie. A ty zaufałeś sobie. I miałeś rację. Traktor poprawił czapkę i uśmiechnął się. — Może… warto czasem wierzyć w swoje dane. I w siebie. — Zdecydowanie warto — odparł Błysk. — A następnym razem, jak powiesz, że będzie grad, to ja już szykuję łańcuchy. Obaj wybuchnęli śmiechem. - Szymańscy w mieście – Biuro Detektywistyczne Szymańscy i Spółka
Śnieg leżał na balkonach grubą warstwą, a dachy pobliskich bloków wyglądały jak wielkie biszkopty posypane cukrem pudrem.Julka wyszła rano sprawdzić karmnik, który dzień wcześniej zrobili z ciocią Anią. Miała nasypać trochę ziaren, ale już po pierwszym kroku stanęła jak wryta. – O rety… – wymruczała. – Kto tu zrobił taki bałagan? Po całym balkonie porozrzucane było ziarno – słonecznik, proso, orzeszki, a nawet kawałki skorupki po pestkach dyni. Karmnik przewrócony, skrzynka z ziemią rozkopana. Wyglądało to tak, jakby ktoś tu w nocy urządził ptasią ucztę wszech czasów. – Jakub! Antek! Pola! – zawołała dramatycznym tonem. – Mamy sytuację awaryjną! Balkonowa katastrofa! Dzieci przybiegły natychmiast, jakby wzywała je do akcji ratunkowej. Antek z wytrzeszczonymi oczami spojrzał na rozrzucone ziarna.– To wygląda… jak sabotaż. Jakub zmrużył oczy i poprawił okulary. – Sabotaż, albo bardzo źle zorganizowany bufet. Pola wsunęła dłonie do kieszeni. – Albo… sprawka Gołębia Mafiosa. Julka aż parsknęła. – Kogo? – No, tego wielkiego, co zawsze siada na latarni przy sklepie – wyjaśniła Pola, zupełnie poważna. – On tu rządzi. Nikt nie ruszy ziarna bez jego pozwolenia. Antek od razu złapał klimat. – To on! Don Grrru! Szef wszystkich gołębi! Jakub spojrzał sceptycznie, ale już po chwili jego oczy rozbłysły. – W takim razie musimy działać metodycznie. Ślady, dowody, świadkowie. Julka podniosła rękę jak kapitan statku. – W takim razie ogłaszam otwarcie Biura Detektywistycznego Szymańscy i Spółka! – Zgłaszam się na agenta terenowego! – zawołał Antek. – I będę miał pseudonim… Szybka Łapa! – Ja zostanę analitykiem śladów – oświadczył Jakub z powagą. – Mam lupę i notatnik. – A ja będę specjalistką od przesłuchań – dodała Pola. – Żaden wróbel mi się nie wymknie. Julka roześmiała się. – A ja… szefowa biura. Julka Szymańska, detektyw główny. I już po chwili cała czwórka wpadła do pokoju, żeby przygotować centrum dowodzenia. Na biurku stanęła tablica korkowa, kredki służyły jako markery, a dyktafonem został stary magnetofon cioci Ani, który działał tylko, jeśli się w niego delikatnie klepnęło z boku. Julka wcisnęła przycisk i powiedziała z najpoważniejszym tonem, jaki miała: „Sprawa numer jeden. Operacja Ziarno. Miejsce zbrodni: balkon. Ofiary: ziarno, porządek i nasz spokój. Podejrzani: gołębie, wróble i… ewentualnie Pola.” – Hej! – oburzyła się Pola. – Dlaczego ja?! – Bo miałaś wczoraj dyżur dosypywania karmy – przypomniał Jakub, już w trybie śledczym. – To było o osiemnastej! A teraz mamy dziesiątą rano! – zaprotestowała Pola, ale w jej oczach błyszczała rozbawiona iskierka. Antek uniósł brew. – Alibi niepotwierdzone. – Albo… – Julka pochyliła się nad rysunkiem planu balkonu – …to robota kogoś, kto znał miejsce od środka. Dzieci wymieniły spojrzenia pełne napięcia. Jakub pierwszy wybiegł na balkon z lupą, a reszta podążyła za nim. Zaczęło się śledztwo. – Ślady ptasich łapek – zameldował Jakub. – W różnych kierunkach. – Tu są jakieś pióra! – krzyknął Antek, trzymając jedno w górze. – To jego wizytówka! – A tu, zobaczcie! – Pola przykucnęła przy drzwiach. – Ktoś zostawił ślady butów… takich jak nasze. Julka spojrzała uważnie. – Hm. Trop mieszany. Gołębi i ludzki. To musi być coś większego. – Może współpraca? – zasugerował Antek konspiracyjnym tonem. – Gang! Julka otworzyła zeszyt i zaczęła notować: „Ślady potwierdzone. Pióro zabezpieczone. Gołąb Mafioso działa z pomocą niezidentyfikowanego wspólnika.” W tym momencie z dachu pobliskiego bloku dobiegło głośne, przeciągłe „Grruuuu!”. Wszyscy zamarli. Antek uniósł głowę. – On wie, że wiemy. Przez chwilę wszyscy patrzyli w górę, jakby zaraz miał spaść sam sprawca. Ale z dachu tylko zsunął się odrobinę śnieg. Julka, z miną poważniejszą niż niejeden prawdziwy detektyw, spojrzała na resztę. – Musimy iść za tropem. – Nawet jeśli to trop… ptaka? – zapytała niepewnie Pola. – Zwłaszcza jeśli to ptaka. Nikt nie rozsypuje karmy bez powodu. Ślady ziarna faktycznie prowadziły dalej – od karmnika, przez próg balkonu, aż na klatkę schodową. Dzieci wciągnęły czapki i buty i ruszyły po cichu, jak oddział specjalny. Antek, maszerując z tyłu, zapytał nagle:– Ej, wiecie może, ile kroków robi wróbel na minutę? Jakub odwrócił się z poważną miną. – Nie mam danych. A dlaczego pytasz? Antek rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.– Bo wróbel nie robi kroków… wróbel skacze! Przez chwilę panowała cisza, a potem Pola parsknęła śmiechem tak głośno, że echo odbiło się od ścian klatki. – Świetny żart, agencie Szybka Łapa – przyznała Julka. – Ale teraz ciszej. Jesteśmy w trakcie śledztwa. Na drugim piętrze ślady ziarna urwały się tuż przed drzwiami pani Irenki, starszej sąsiadki, znanej z tego, że dokarmiała ptaki od października do kwietnia. Julka zapukała. Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem, a zza nich buchnął ciepły zapach ziaren, pierników i… gołębi. Dosłownie. Z mieszkania wyleciały trzy wróble, które pofrunęły prosto na klatkę schodową. – Och, dzieci! – zaśmiała się pani Irenka. – Znowu mi uciekły. Te ptaszki to małe urwisy. – My właśnie prowadzimy śledztwo w sprawie rozsypanej karmy – oznajmiła Julka z całą powagą świata. – Czy może pani coś wiedzieć o dużym, szarym gołębiu z białym skrzydłem? Pani Irenka spojrzała w bok, zamyśliła się i po chwili powiedziała:– Aaa, to pewnie ten gagatek, co kradnie ziarno z mojego balkonu! Zawsze pierwszy, zawsze najgłośniejszy. Antek spojrzał na resztę i szepnął teatralnie:– Don Grrru. Szef wszystkich głoębi. Julka zanotowała w notesie: „Nowy dowód: Gołąb z białym skrzydłem widziany w rejonie. Podejrzany główny.” Podziękowali i ruszyli z powrotem. W ich oczach sprawa zaczynała się układać jak idealna układanka. Po południu w pokoju powstała scena jak z filmu detektywistycznego. Na tablicy wisiał plan balkonu, kilka zdjęć śladów i szkic gołębia z białym skrzydłem. – Potrzebujemy dowodu ostatecznego – orzekł Jakub. – Akcji terenowej. Z pomocą cioci ustawili na balkonie nowy karmnik i rozsypali kilka ziaren, tworząc pułapkę na podejrzanego. Dzieci schowały się za firanką z lornetką, notatnikiem i kubkami z kakao. – Biuro Detektywistyczne w akcji. 14:47 – szepnęła Julka – Podejrzany w terenie. Przez kilka minut nic się nie działo. Zimny wiatr hulał po balkonie, świecznik lekko drżał, a dzieci delikatnie przysypiały. – Może on wie, że to pułapka – wymamrotał Antek. – Mafiosi mają szósty zmysł. – Ciii – syknęła Pola. – Coś się ruszyło! Rzeczywiście – worek z karmą delikatnie się poruszył, potem drugi raz… i nagle trach! – ziarno znów rozsypało się po całym balkonie! Dzieci wyskoczyły zza firanki. – Mamy go! – krzyknął Antek. Ale na balkonie nie było żadnego gołębia. Tylko wiatr, który zakołysał firanką i przewrócił worek. Wszyscy spojrzeli na siebie w ciszy. – Czyli… to był tylko wiatr? – zapytała rozczarowana Pola. Julka już miała zamknąć notes, gdy nagle usłyszeli znajome, niskie „Grruuuu”. Na balustradzie usiadł duży gołąb z białym skrzydłem, spojrzał na nich z pewnością zawodowego przestępcy i… zaczął spokojnie dziobać ziarna. – Don Grrru! – szepnął z podziwem Antek. – Wrócił na miejsce zbrodni! Jakub podniósł notatnik i dodał:– Albo po prostu wie, że sprawa już rozwiązana. Wieczorem w biurze detektywistycznym trwało sporządzanie raportu. Julka dyktowała, Jakub pisał, Pola popijała kakao, a Antek rysował portret gołębia z napisem „Poszukiwany – niebezpieczny, ale głodny.” Julka odczytała na głos: „Sprawa numer jeden: Operacja Ziarno. Sprawcy: Wiatr – główny wykonawca. Gołąb Mafioso – korzystający ze sprzyjających warunków. Wnioski: winni w połowie, najedzeni w całości.” – Myślę, że zasłużyliśmy na awans – powiedziała Pola. – I na naleśniki – dodał Antek. – Detektyw nie działa na pusty żołądek. Z uśmiechem zawiesili nowy szyld na drzwiach balkonu:„Biuro Detektywistyczne Szymańscy i Spółka – sprawy rozwiązujemy, zanim odlecą.” - Szymańscy w mieście – Brak prądu
Śnieg sypał gęsto, miękki jak mąka, i cicho osiadał na parapetach. W mieszkaniu cioci Ani było zwyczajnie: z kuchni dobiegał szmer mieszania łyżką, na stole rosła układanka z puzzli, obok Jakub kończył misterną wieżę z klocków, a Pola szkicowała w zeszycie zimowe balkony – prostokąty z koronami śniegu. Antek, z wysuniętym językiem, uparcie kręcił gałką starego radia, które trzeszczało jak ognisko z własnym zdaniem. – Jeszcze ciut w lewo… – mamrotał. – I będziemy mieć idealny koncert trzasków. Tata przewrócił stronę gazety, cmoknął, jakby dogadał się z wieściami, po czym spojrzał ponad okularami na dzieci. – Kolacja za dziesięć minut! – zawołała mama z kuchni. – Kto nakrywa? – Ja! – Julka podskoczyła, wzięła serwetki i trzy talerze naraz, co od razu skończyło się tańcem porcelany na czubkach palców. I wtedy – klik. Jakby ktoś zamknął na suwak całą jasność świata. Światła przygasły, radio zamilkło, a mieszkanie wypełniło się ciszą. – Zgasło! – wyszeptał Antek, jakby bał się obudzić ciemność. Za oknem latarnie także zniknęły; ciemny park wyglądał jak wielki koc bez wzoru. Przez sekundę wszyscy słyszeli tylko wiatr i swoje oddechy. Potem od strony kuchni rozległ się spokojny głos mamy: – Spokojnie, pewnie awaria. Mam świeczki. Tata odłożył gazetę, wstał bez pośpiechu i pomaszerował do kredensu. Po chwili na stole zapłonął pierwszy płomyk, potem drugi. Ciemność cofnęła się o krok, a ściany nabrały ciepłego, miodowego koloru. – Ooo – powiedziała Pola, przybliżając szkicownik. – Patrzcie, jak światło robi złote brzegi. – Wygląda jak… noc w środku kominka – dodała Julka z zachwytem. Mama przyniosła jeszcze dwie grube świece w słoikach i jedną w metalowym świeczniku po babci. Zapach wosku i cynamonu rozlał się po pokoju. Ktoś postawił emaliowany czajnik na kuchence gazowej, która, jak na starego przyjaciela przystało, zaskwierczała posłusznie. – Skoro prąd wziął wolne, to my też zrobimy sobie przerwę – mruknął tata. – Wieczór bez… wszystkiego, co brzęczy. – Ale z herbatą! – dodała mama. – I kocami. Antek, już odważniejszy, wsunął dłonie między świecę a ścianę, poruszając palcami. Na ścianie zamachał cień smoka. – Uwaga! Smok prądożerca nadciąga! – ryknął, a jego smok połknął cień kaktusa w doniczce. – To ja będę królikiem, który ratuje instalację! – Julka ułożyła dłonie w uszy i zaszczebiotała bohaterskim głosem. – W takim razie potrzebujemy sceny – oznajmiła Pola. – Teatr cieni, wersja ekspresowa. Reżyseria: ja. W trzy minuty powstała kurtyna z prześcieradła przewieszonego przez dwa krzesła. Jakub zmrużył oczy, oceniając ustawienie światła. – Jeśli przesuniemy świeczkę o dwadzieścia centymetrów, cienie będą ostrzejsze. I bardziej dramatyczne. – Dobrze, panie inżynierze – skinęła głową Pola. – Aktorzy, na miejsca. Tytuł sztuki: „Zaginione światło”. Opowieść poszła lawinowo. Cień smoka wykonanego przez Antka planował porwać wszystkie żarówki, królik Julki próbował je odnaleźć, a tajemnicza księżniczka – Pola – okazała się być… latarnią morską. Tata dodawał burze na garnkach, mama syczała jak wiatr przez szczeliny. Gdy królik wreszcie dogonił smoka i zapytał, po co mu tyle światła, smok odpowiedział cieniem, że „ciemność też bywa samotna” na co wszyscy wybuchnęli śmiechem. – Dobra – powiedziała po chwili Julka, łapiąc oddech. – Teatr był wspaniały. Ale… a gdyby teraz po prostu… opowiedzieć coś? Zapadła najmiększa cisza świata. Świece migotały, czajnik pogwizdywał, a koc, w który zawinął się Antek, szeleścił jak śnieg. – Opowieści przy świecach – powtórzył tata. – Najstarsza gra rodzinna na świecie. Zaczynamy? Julka przytuliła kolana, Pola usiadła po turecku, a Jakub przesunął latarnię tak, by płomienie odbijały się w ich oczach. Mama rozstawiła kubki – herbata z plasterkami pomarańczy pachniała świętami, choć świąt nie było. – Kto pierwszy? – zapytała, nalewając cienką strużką. – Ja – powiedziała Julka cicho, ale pewnie. – Mam historię o… małej żarówce, która bała się ciemności. Antek wyprostował się, jakby usłyszał sygnał do startu. Pola przymknęła powieki, gotowa widzieć wszystko w wyobraźni. Jakub zanotował tytuł w zeszycie: „Opowieści w ciemności – sesja pierwsza”. Julka odchrząknęła, wzięła łyk herbaty i zaczęła: – Była sobie żarówka, maleńka jak pestka i trochę nieśmiała. Mieszkała wysoko, w latarni nad rzeką, i co wieczór drżała, bo kiedy gasła, myślała, że znika cały świat… Słowa popłynęły miękko, razem z parą znad kubków i tańcem płomieni. Ciemność nie była już taka czarna. Julka mówiła spokojnie, a jej głos był miękki jak ciepłe mleko. – …i wtedy żarówka odkryła, że nawet gdy gaśnie, nie znika światło – tylko się chowa w gwiazdach. Bo każda noc ma swoje małe światełka, które pomagają jej się nie bać. Kiedy skończyła, przez chwilę nikt się nie odezwał. Płomień świecy zatańczył na szkle, a potem Antek westchnął: – To było… fajne. Ale moja historia będzie bardziej z przytupem! Julka uśmiechnęła się i podała mu świecę, jakby przekazywała mikrofon. – No dobrze, bracie, scena twoja. Antek wyprostował się, zarzucił koc na plecy jak pelerynę i zaczął: – Dawno temu żyła sobie świeczka-podróżniczka. Nie chciała siedzieć w jednym miejscu, więc wskakiwała do walizek, skrzynek i butów. Raz zapaliła się w namiocie pod górami, raz w pociągu, a raz w piekarni. Ale pewnego dnia trafiła do domu, w którym było zimno i ciemno, a dzieci się bały. I wtedy po raz pierwszy świeciła długo, cichutko… i już nie chciała nigdzie iść. – Ooo – powiedziała mama z uśmiechem. – Bardzo dojrzała świeczka. – Bo prawdziwy podróżnik wie, gdzie warto zostać! – dodał dumnie Antek. Pola owinęła się szczelniej kocem. – Teraz ja. Moja będzie o chłopcu, który zgubił swój cień. Tata kiwnął głową. – Słuchamy. Pola mówiła cicho, ale z wyczuciem, jak ktoś, kto potrafi widzieć obrazy w słowach: – Chłopiec zgubił cień w zimie. Myślał, że odszedł, bo dni są krótkie, a słońce za nisko. Szukał go wszędzie – na ścianach, w lustrze, na śniegu. I dopiero gdy usiadł pod lampą, zobaczył, że cień był tu cały czas. Tylko czekał, aż chłopiec znów zacznie się uśmiechać. Bo cień zawsze wraca do światła. W pokoju zapadła długa cisza. Mama położyła rękę na jej ramieniu. – Piękne, Pola. Naprawdę. Julka nachyliła się i szepnęła: – To moja ulubiona historia dzisiaj. Jakub chrząknął, bo najwyraźniej uznał, że pora na coś bardziej „technicznego”. – A moja – zapowiedział – będzie naukowa. Nazywa się „Zegar, który tykał bez baterii”. Wszyscy się zaśmiali, ale Jakub już rozpoczął: – W pewnym domu zegar przestał działać. Wszyscy uznali, że się zepsuł, ale on dalej tykał. Bardzo cicho, tylko w nocy. Bo zapamiętał dźwięk swojego wahadła. Wiedział, jak to jest mierzyć czas, więc robił to z pamięci. I kiedy w końcu ktoś go otworzył, zobaczył, że w środku nie było baterii – tylko mała karteczka z napisem „Nie zapominaj, jak brzmi twój rytm”. Julka aż cmoknęła z zachwytu. – Cudne! – To było… mądre – przyznała Pola. – To było fizycznie niemożliwe, ale bardzo poetyckie – mruknął tata, wywołując śmiech wszystkich. W płomieniach świec coś się zmieniło. Cienie tańczyły już spokojniej, a mieszkanie stało się jak mała wyspa światła w oceanie nocy. Z kuchni pachniało herbatą z cynamonem i imbirem. Mama usiadła obok dzieci. – Wiecie, moi drodzy, opowieści to też prąd. Tylko inny. Płynie przez ludzi. Julka przytaknęła poważnie. – I nie da się go wyłączyć. Tata spojrzał na zegarek, który i tak nie działał bez prądu, i westchnął. – Ciekawe, ile jeszcze potrwa ta awaria. Jakby na zawołanie, w tym samym momencie żarówki mrugnęły, a potem rozbłysły. Wróciło jasne, elektryczne światło, aż wszyscy zmrużyli oczy. – O! Prąd wrócił! – zawołał Antek. – Smok go oddał! Ale nikt nie ruszył się z miejsca. Siedzieli jeszcze chwilę, otuleni w koce, w tym ciepłym, spokojnym świetle świec. Julka westchnęła. – Trochę szkoda. W ciemności było jak w bajce. – Bo to była bajka – powiedziała mama i zgasiła górne światło, zostawiając tylko jedną świecę na stole. Tata podniósł brew. – Może wprowadzimy nową rodzinną tradycję. Raz w tygodniu: wieczór bez prądu. – Tak! – zawołały dzieci chórem. Antek dodał: – I zawsze z herbatą i świeczką-podróżniczką! Świece trzepotały ostatnim płomieniem, jakby chciały przytaknąć. A za oknem padał śnieg – cicho, spokojnie, w rytmie ich własnego światła. - Szymańscy w mieście – Przygoda w miejskim parku
Śnieg padał od samego rana – lekki, puszysty i miękki jak wata cukrowa. Miasto wyglądało inaczej niż zwykle: ciche, spokojne, jakby przykryte białym kocem. Na chodnikach zostawały tylko ślady butów i opon, a powietrze pachniało dymem z kominów i świeżym mrozem. – Idealny dzień na spacer – powiedziała ciocia Ania, zakładając ciepły szalik. – Ruszamy do parku! Julka aż podskoczyła z radości. – To będzie nasza wyprawa polarna! Antek od razu chwycił za czapkę z pomponem i wybiegł z pokoju po plastikową lupę i mini notatnik. Jakub już przygotowywał swój zestaw badacza – mały termometr, notes i linijkę. – Dzisiaj zbadam, jakie ślady zostawia mróz! Pola ziewnęła i wsunęła ręce do kieszeni. – A ja będę szefem ekspedycji. Każda wyprawa potrzebuje kogoś z rozsądkiem. Tata tylko się uśmiechnął. – W takim razie wszyscy gotowi. Kto znajdzie najciekawszy ślad w śniegu, wybiera wieczorny film. – Przyjęto! – zawołała Julka. – Start ekspedycji za piętnaście minut! Park był pokryty grubą warstwą śniegu, która skrzypiała pod nogami. Drzewa wyglądały jak zamrożone filary, a ławki przypominały zaspy z czapkami.Dzieci rozbiegły się w różne strony, każde w poszukiwaniu czegoś niezwykłego. Julka pierwsza coś wypatrzyła.– Patrzcie, tu są ślady ptaka! Małe, lekkie, z odciskami skrzydeł! Jakub pochylił się z powagą. – Może sikorki? Wiek: ciężki do ustelani. Kierunek: w stronę budki na drzewie. Pola przewróciła oczami. – A może po prostu szukały śniadania? Antek natomiast z entuzjazmem pokazywał odciski psich łap. – Może to pies-ratownik! Albo wilk! – W środku miasta? – zapytała Julka z niedowierzaniem. – Nigdy nic nie wiadomo – odpowiedział Antek tajemniczo. Kiedy już mieli całą kolekcję zdjęć i rysunków, nagle Antek przystanął.– Ej… chodźcie! To coś innego! Na ścieżce prowadzącej między drzewami ciągnęły się drobne, delikatne ślady, jakby ktoś stawiał stopy lekko i cicho. Odciski były wąskie, widać było pazurki i długie kroki. – Nie wygląda jak pies – zauważył Jakub. – I nie kot. Za duże odstępy. – Może… lis? – powiedziała niepewnie Julka. – Lis! – powtórzył Antek z błyskiem w oczach. – W mieście! Pola roześmiała się, ale nieco nerwowo. – Lisy nie chodzą po parkach. – A właśnie, że chodzą – wtrącił tata, który dogonił ich po chwili. – Zimą lisy potrafią zajrzeć nawet pod bloki. Szukają jedzenia. Antek wyprostował się dumnie. – Czyli trop jest prawdziwy! Julka chwyciła aparat i zaczęła robić zdjęcia śladom, a Jakub skrupulatnie notował: „Odciski: cztery palce, widoczne pazury, długość kroku 35 cm. Kierunek – w stronę starych drzew.” – Idziemy za nimi! – zarządziła Pola, tym razem już z uśmiechem. Ślady prowadziły przez mały mostek, potem zniknęły wśród krzaków, gdzie śnieg był głębszy.W pewnym momencie Antek zatrzymał się gwałtownie. – Czekajcie… coś tu jest! Pod jednym z drzew widać było coś wystającego spod śniegu. Metaliczny błysk przyciągał wzrok. – To chyba… pudełko? – szepnęła Julka. Dzieci uklękły na śniegu i zaczęły delikatnie odgarniać biały puch. Po chwili wydobyli z ziemi stary, zardzewiały pojemnik, wielkości książki. – Skarb! – krzyknął Antek. – Wiedziałem, że lis był strażnikiem czegoś ważnego! Jakub ostrożnie otworzył wieczko. W środku było kilka drobiazgów: złożony na cztery kawałek papieru, kilka starych monet i… mały rysunek przedstawiający lisa pod drzewem. Julka wstrzymała oddech.– To musi coś znaczyć. Pola pochyliła się i wskazała napis na dole kartki.– „Strażnik parku – 1987.” Przez chwilę nikt nic nie mówił. Nawet wiatr jakby ucichł. – Czyli… to lis zostawił wiadomość z przeszłości? – zapytał Antek z powagą. Julka uśmiechnęła się lekko. – Albo ktoś, kto bardzo go lubił. – Zabierzmy to do domu – zdecydował Jakub. – Zbadamy to w naszym laboratorium. – A ja opiszę wszystko w kronice! Tata skinął głową z uśmiechem. – Dobrze, mali odkrywcy. Ale najpierw obiad. Bo śledzenie lisów na pusty żołądek jest ryzykowne. I tak, trzymając pod pachą tajemniczy pojemnik, ruszyli z powrotem w stronę domu, a ślady lisa powoli zasypywał świeży śnieg. W domu było ciepło i pachniało herbatą z pomarańczami. Śnieg z butów roztapiał się przy drzwiach, a dzieci od razu rozłożyły na stole swoje znalezisko.Julka delikatnie położyła rysunek lisa, Jakub ustawił lampkę, a Antek wyjął z kieszeni małą lupę, gotów do analizy. – Okej, ekipo. Czas na laboratorium – ogłosił Jakub. – Ja będę sekretarzem naukowym! – zawołała Julka. – Zapisuję wszystko, co ustalimy. – A ja głównym narratorem! – dodał Antek. – Każda tajemnica potrzebuje głosu. Pola oparła głowę na rękach. – A ja mogę być głosem rozsądku, gdybyście znów wymyślili teorię o lisie, który był superbohaterem. Jakub zignorował tę uwagę. – Po pierwsze: monety. Zwykłe grosze, sprzed trzydziestu lat. Po drugie: mapa. Rozłożyli złożony papier. Był trochę pożółkły, z rozmazanym tuszem, ale widać było kontury parku – ścieżki, staw i kilka znaków w kształcie… lisich głów. – Tu byliśmy dzisiaj! – zawołała Julka, wskazując jedno z miejsc. – Pod tym samym drzewem! – Czyli to fragment starej mapy! – Antek aż podskoczył. – To musiała być jakaś gra! Pola zmarszczyła brwi. – Ale po co ktoś miałby ją chować? – Może to była zabawa, która nigdy się nie skończyła – powiedział cicho Jakub. – A my właśnie ją wznowiliśmy. Wieczorem mama zajrzała do pokoju, widząc ich pochylonych nad biurkiem.– Co tam kombinujecie, mali detektywi? Julka pokazała jej mapę i rysunek. – Znaleźliśmy to w parku. Chyba jest stare. Mama uśmiechnęła się z zaskoczeniem. – To wygląda znajomo. Wiecie, że w tym parku, gdy byłam mała, była ścieżka przyrodnicza o nazwie „Ślad Lisa”? Prowadziła od stawu aż do starych wierzb. Były tabliczki z zagadkami, a na końcu – skrzynka z pamiątkami dla dzieci. – To ta skrzynka! – zawołał Antek. – My ją odnaleźliśmy! – Czyli byliśmy częścią historii! – dodała Julka z dumą. – Prawie jak archeolodzy – przyznał Jakub, notując w zeszycie: „Znalezisko z 1987 roku. Stan dobry. Wartość emocjonalna: wysoka.” Pola uśmiechnęła się lekko. – To znaczy, że lis był symbolem. Strażnikiem tej zabawy. – I że my teraz jesteśmy nowymi strażnikami – stwierdził Antek poważnie. Następnego ranka dzieci postanowiły wrócić do parku i odłożyć skrzynkę tam, gdzie ją znalazły. Śnieg znów prószył, a ślady, które zostawiali, układały się w zygzaki i kółka. Pod drzewem, w którym odkryli pojemnik, ktoś już był. Starszy mężczyzna w zielonej kurtce i z aparatem fotograficznym stał pośród śniegu, pochylony nad tropami. – Dzień dobry – odezwała się Julka nieśmiało. – Szuka pan czegoś? Mężczyzna podniósł głowę. Miał siwą brodę, ciepły uśmiech i oczy, które wyglądały, jakby znały ten park od zawsze.– Szukam śladów lisa – odpowiedział. – Ale chyba mnie ktoś ubiegł. Dzieci spojrzały po sobie. – My! – powiedział Antek dumnie. – Znaleźliśmy skrzynkę z rysunkiem i mapą! – Skrzynkę? – mężczyzna otworzył szerzej oczy. – Nieprawdopodobne! Myślałem, że dawno zginęła. – Należy do pana? – zapytała Pola. Mężczyzna skinął głową. – Owszem. To ja ją tam kiedyś zostawiłem. Pracowałem wtedy w miejskim ogrodzie. Zorganizowaliśmy grę terenową dla dzieci – „Ślad Lisa”. Chodziło o to, żeby odkrywać przyrodę i zostawiać małe sekrety dla kolejnych pokoleń. Julka trzymała pojemnik w rękach. – Czyli to była pana gra? – Tak – uśmiechnął się. – A wy właśnie ją odnaleźliście po trzydziestu latach. Mężczyzna przedstawił się jako pan Marek, dawny leśnik. Opowiedział, że kiedyś z dziećmi z sąsiedztwa budowali karmniki, rysowali mapy i szukali „lisich tropów” po całym parku. – Wtedy nie było tylu telefonów – dodał z uśmiechem. – Ale przygód było mnóstwo. Dzieci słuchały jak zaczarowane. – Wiecie, lis zawsze był dla nas symbolem ciekawości. A ciekawość to pierwszy krok do odkrywania świata – powiedział na koniec pan Marek. – Więc… chyba wiem, komu przekażę tytuł nowego Strażnika Parku. Spojrzał na Antka. – Mnie?! – zdziwił się chłopiec. – Ciebie i całej drużynie – odpowiedział z uśmiechem. – Bo prawdziwych tropicieli nigdy za dużo. Wieczorem, kiedy wrócili do domu, śnieg znów padał. Dzieci siedziały przy oknie, a Julka zapisała w swoim zeszycie: „Nie każdy trop prowadzi do skarbu. Czasem prowadzi do historii, która czekała, by ktoś ją znów opowiedział.” Za szybą, w świetle latarni, coś rudego przemknęło po białym śniegu. – Lis! – szepnął Antek. Pola uśmiechnęła się. – Albo duch starej zabawy. I chociaż nikt już nic nie mówił, wszyscy wiedzieli jedno: ta historia wcale się nie skończyła. Ona dopiero zaczynała się pisać na nowo – w śniegu, w sercach i w pamięci.
Bajki na dobranoc
Witaj na naszej stronie z bajkami dla dzieci do czytania! Jesteśmy zespołem pasjonatów, którzy stworzyli tę stronę, aby zapewnić Tobie i Twojemu dziecku wyjątkowe doświadczenie czytania bajek. Znajdziesz tutaj wiele interesujących i edukacyjnych opowieści, które wzbogacą wyobraźnię Twojego dziecka. W każdym tygodniu nasza kolekcja jest uzupełniana o nowe historie i kontynuacje rozpoczętych już serii.
Nasza strona oferuje darmowe bajki do czytania dla dzieci w różnym wieku. Znajdziesz tu zarówno krótkie historie, jak i bardziej rozbudowane opowieści, które dostarczą Twojemu dziecku wspaniałych chwil czytania i zabawy. Bajki są dostępne w formie tekstu, a niedługo będą też dostępne w formie filmów ułatwiających czytanie.
Darmowe bajki do czytania
Jeśli szukasz ciekawych opowieści na dobranoc, nasza strona jest właśnie dla Ciebie! W naszej bibliotece znajdziesz wiele uroczych bajek, które pomogą Twojemu dziecku zrelaksować się i zasnąć spokojnie.
Nasza strona jest idealnym miejscem dla rodziców i nauczycieli, którzy szukają wartościowych materiałów do czytania dla dzieci. Znajdziesz tu różne rodzaje bajek, które pomogą Twojemu dziecku rozwijać wyobraźnię, empatię i zdolności językowe.
Nie czekaj dłużej i przeglądaj naszą kolekcję bajek dla dzieci do czytania za darmo!






