
Cheddaria w opałach – Porwanie króla
W kociej kryjówce zapanowała atmosfera powagi. Macher stał nad stołem, na którym rozłożył plan zamku Cheddarii, narysowany flamastrem na odwrocie opakowania po rybiej galarecie.
— Słuchajcie mnie uważnie. Serowe fontanny zawiodły. Iluzje Franza – zawiodły. Przebrania? Zmoczone mlekiem. Ale… jeśli zabierzemy im króla… — Macher zrobił dramatyczną pauzę — …to Cheddaria padnie bez walki!
Franz spojrzał z niedowierzaniem:
— Kradzież monarchy? My?
— Dokładnie. Porywamy go i żądamy… hm… szprotek! I kapitulacji. I nowych poduszek do leżenia.
Biceps uniósł łapę:
— A co, jak król ma pazury?
— To my mamy ciebie, Biceps. Ty jesteś pazur.
Plan gotowy. Następnego dnia koty obserwowały z lasu dziedziniec Cheddarii przez lornetkę z rolki papieru toaletowego. I wtedy go zobaczyli.
Mysz w złotej czapce, z białym futerkiem i bardzo poważną miną przechadzała się w ogrodzie.
— To musi być król Gryzomir! — wysyczał Macher.
Nie był to jednak król. To myszoskoczek Zygfryd – kuzyn kucharki, który przyjechał z rodziną na naleśniki.
Franz zorganizował zasłonę dymną: teatrzyk kukiełkowy pod hasłem „Równość w serze dla wszystkich!” Myszki klaskały, śmiały się, a Sir Gucio rozpłakał się ze wzruszenia, siedząc w pierwszym rzędzie.
Tymczasem Biceps i Macher przemykali przez krzaki z wielkim workiem.
Myszoskoczek został szybko pochwycony. Pokaz trwał, publiczność była zajęta, a koty triumfalnie wycofały się z łupem.
Kilka godzin później, w kryjówce.
— Przedstaw się! — zażądał Macher.
Zygfryd otrzepał się, spojrzał z pogardą i syknął:
— Nazywam się Zygfryd. Przyszedłem na naleśniki. A teraz jestem w worku i pachnę sianem.
Biceps zbliżył się z grymasem:
— On ma minę jak król…
Zygfryd rzucił się do przodu, ugryzł Bicepsa w nos, kopnął Machera w ogon i wspiął się po zasłonie. Po drodze wywrócił stół, zrzucił szklankę z mlekiem i wskoczył na półkę z naczyniami. Macher i Biceps rzucili się za nim, ale potknęli się o siebie nawzajem, tworząc kocią plątaninę ogonów i łap.
Zygfryd nie czekał. Wykorzystując zamieszanie, przeskoczył na okno, odbił się od framugi i wbiegł do komina, zostawiając za sobą chmurę kurzu, strzęp szalika i zapach cebuli.
Tymczasem w Cheddarii Sir Gucio stał na murach i spoglądał w dal.
— Przez chwilę czułem cień. Cień zła. Ale król wciąż trwa. Dzięki… niewidzialnym strażnikom!
Myszy wiwatowały. Plotki o zamieszaniu z myszoskoczkiem dotarły do zamku dzięki zasapanej myszy z kuchni, która wszystko przekazała strażnikom.
Sir Gucio, nie rozumiejąc zbyt wiele, zinterpretował to jako zwycięstwo tajnych sił dobra.
— Nasz król jest bezpieczny, choć nie wiemy, przed czym! Dziękujmy niewidzialnym strażnikom!
Wieczorem mysie dzieci rysowały obrazki z hasłem „Król walczy z cieniem”. Sir Gucio uczył je nowej pieśni:
„Gdy cień pada na koronę,
Rycerz trzyma swoją stronę!
Niewidzialna pomoc trwa,
Choć nie wiesz skąd – to nie jest gra!”
A daleko, za lasem, po raz pierwszy pojawiły się… kruki.
Ich cień przeleciał nad koronami drzew. Franz uniósł wzrok.
— To nie był wiatr. Coś nadchodzi…
Sir Gucio spojrzał na niebo:
— Czyżby zwiastun nowego rozdziału w mej pieśni? No to muszę dopisać kolejne wersy!




