
Cheddaria w opałach – Skrzydlaty wróg
Cheddaria budziła się spokojnie. Myszy zamiatały dziedziniec, kuchnia pachniała topionym serem, a Sir Gucio maszerował wzdłuż murów z miną, jakby spodziewał się ataku smoków.
I wtedy to się wydarzyło.
Nad zamkiem zawisł cień. Nie mały cień od myszy, ani nawet od kota. To był cień wielkiego ptaka. A zaraz za nim – drugi. I trzeci. I piąty.
Na wieży Cheddarii, z hałasem i skrzeczeniem, wylądowała rodzina kruków. Wielka mama kruk, gburowaty ojciec i trzy rozentuzjazmowane kruczęta, które od razu zaczęły biegać po dachówkach jak po zjeżdżalni.
— Halo! To dach archiwum! — krzyknęła mysia bibliotekarka.
Kruki zignorowały wszystko. Jeden z nich chwycił proporzec i zanurkował z nim w stronę dziedzińca. Inny wrzucił orzecha do fontanny z serem, co wywołało mały gejzer goudowego błota.
W kuchni Bonifacy przewrócił garnek.
— To nie pogoda, to ptactwo!
Tymczasem w lesie…
Franz biegał w kółko, krzycząc:
— Oddajcie moją pelerynę! To rekwizyt teatralny, nie gryzak!
Kruczęta rozniosły jego przebranie po gałęziach. Biceps dostał w głowę szyszką, a Macher patrzył z przerażeniem, jak jego ulubiony parasol odlatywał na pazurach czarnego ptaka.
— One nie odróżniają nas od myszy! — wrzasnął. — Jesteśmy dla nich… nikim!
W Cheddarii…
Sir Gucio zebrał wszystkie myszy na dziedzińcu.
— Potrzebujemy sojuszu! Rady wojennej! Pieśni oporu i dobrych okularów do patrzenia w niebo!
Po południu, w starej stodole poza murami, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spotkały się myszy i koty. Stodoła trzeszczała od napięcia, a zapach siana mieszał się z niepokojem i cieniem topionego sera.
Myszy siedziały po jednej stronie, popiskując cicho i spoglądając z nieufnością. Koty stały po drugiej – z nadętymi ogonami i mokrymi uszami po ostatnim spotkaniu z krukami.
Sir Gucio stanął pośrodku z miną poważniejszą niż zwykle.
— Musimy połączyć siły. One są wielkie. My jesteśmy… zorganizowani. Czasem.
— Kto tu jest zorganizowany? — burknął Macher. — Nie liczę już, ile razy nie udało się nam was przegonić.
— Bo nie masz zmysłu taktyki! — pisnął generał Kminek, mysi dowódca.
Franz podniósł teatralnie łapkę.
— Cicho. Gucio ma rację. Kruki nas nie rozróżniają. Rzucają orzechami we wszystkich. Nawet we mnie! A ja jestem artystą!
— A ja dostałem szyszką między oczy! — wtrącił Biceps, trzymając się za czoło.
— Mamy wspólnego wroga — podsumował Gucio. — I jeśli mamy ich przepędzić, musimy… improwizować!
— Improwizować?! — jęknął Macher. — Brzmi jak plan Franza!
— Właśnie! Walka to teatr! Musimy odegrać coś lepszego niż oni!
Zrobiło się gwarno – ale tym razem konstruktywnie.
— Ja mogę robić echo! — zgłosiła się mała myszka w różowym bereciku.
— A ja przyniosę moją starą maskę z karnawału! — pisnął ktoś z kąta.
Gucio wspiął się na skrzynkę z jabłkami, uniósł miecz i powiedział:
— Niech plan nosi nazwę: Operacja Skrzydlaty Wróg!
Zapadła chwila ciszy.
— To… nawet nie brzmi źle — przyznał Macher.
Następnego dnia, o świcie…
Franz wspiął się na drzewo, owinięty pękami piór, z kartonowymi skrzydłami i latarką na czole.
— Uuuuuuu! Tu sowi duch mądrości! Opuśćcie to miejsce, zanim rzucę klątwę zaparzonego maku!
Kruki zamilkły.
Tymczasem Gucio stanął na dachu z rozwiniętym zwojem i recytował:
— O wy ptaki czerni, skrzydła burz i cień większy niż mrok, nie pasujecie do naszego miasta! Precz z dachów, precz z okapów! My tu śpimy, jemy i odpoczywamy!
Krucza mama spojrzała na ojca. Kruczęta zamarły.
Po chwili wylądowały na murze.
Ojciec kruk zakrakał:
— To miejsce… dziwne.
— I zbyt hałasujące — dodała mama kruk. — Wracamy nad jezioro. Tam przynajmniej ryby są spokojniejsze.
I odleciały.
Na dziedzińcu zapadła cisza. A potem – owacje.
Nikt nie wiedział, czy to zasługa Franza, Gucia, czy czystego przypadku. Ale zadziałało.
Koty i myszy stanęły obok siebie.
Biceps zjadł naleśnika z serem. Macher i Franz wymienili spojrzenia i jednocześnie charknęli.
Sir Gucio spojrzał na niebo i powiedział:
— Wielkość nie polega na tym, by zwyciężać wrogów – lecz by chronić nawet wroga przed większym złem.
Nikt nie wiedział, o co chodzi, ale wszyscy kiwnęli głowami. Brzmiało szlachetnie.
Tego wieczoru, po raz pierwszy od dawna, w Cheddarii rozbrzmiewały śpiewy nie tylko myszy. W oddali koty mruczały basem, a Gucio w głowie układał już kolejną pieśń – na wypadek kolejnego bohaterskiego czynu.
A Cheddaria… spała spokojnie.
Choć już nikt nie wykluczał, że jutro też będzie dziwnie.




