
Smoczy strażnik – 10: Trzy żywioły
Świt nie wstał tego dnia.
Niebo nad Aurum pozostało ciężkie i szare, jakby zbyt zmęczone, by wpuścić światło. Cisza, jaka panowała w Cytadeli, nie była spokojem – to było napięcie. Ciche oczekiwanie na coś, co miało nadejść. Na coś, czego nikt nie potrafił nazwać… ale każdy czuł.
Lumo nie spał. Siedział przy wejściu do groty, owinięty w cienką pelerynę i wpatrywał się w horyzont. Serce biło mu szybciej niż zwykle, ale nie z lęku – raczej z oczekiwania.
Za nim rozległy się miękkie kroki. Flavia usiadła obok i nic nie powiedziała. Milczenie znaczyło teraz więcej niż słowa.
– Jesteś gotowy? – zapytała po chwili. – Nie wiem – odparł. – Ale to już nie ma znaczenia, prawda?
Flavia tylko kiwnęła głową.
W cieniu, przy skalnej ścianie, Chlapek przeciągle ziewnął. – Ja to bym jeszcze nie wychodził. Jeden śniadaniowy owoc bym zjadł. Może dwa. Dobrze, idę – westchnął, widząc spojrzenie Flavii. – Ale wiedzcie, że jestem absolutnie niedojrzały emocjonalnie do ratowania świata.
Wyruszyli tuż po świcie, choć słońce nigdy się nie pokazało. Lot był cichy. Nawet wiatr wydawał się nie chcieć z nimi rozmawiać. Tylko Seravax leciał pewnie – milczący, z oczami wbitymi w daleki szczyt.
– Miejsce, do którego zmierzamy – powiedział nagle – nie jest już tylko ruiną. To żywa magia. Zła. Oderwana od czasu. Wieża Umbrena… słyszy nas.
– Wieża słyszy? – powtórzył Chlapek. – A czy ma też drzwi, które same się zatrzaskują i ściany, które wypluwają jadowite owady?
– Ma też coś gorszego – odparł Seravax poważnie.
Nikt więcej nie zadał pytania.
Ruiny wieży Umbrena majaczyły na horyzoncie niczym poskręcane cienie. Część struktur wisiała w powietrzu, inne zdawały się zapadać pod ziemię, choć nie było żadnych szczelin. Magia wokół migotała – powietrze falowało, a czas zdawał się łamać.
– Nie zbliżajcie się zbyt daleko – ostrzegł Seravax. – Jeśli mnie nie będzie… uciekajcie. – Nie zostawimy cię – powiedziała Flavia.
Ale było już za późno.
Ziemia eksplodowała błyskiem czarnego światła. Niewidzialna bariera, dotąd uśpiona, zmaterializowała się i rozdarła powietrze. Flavia, Seravax i Chlapek zostali odrzuceni falą mocy. Runęli na ziemię z hukiem.
Lumo zdołał się utrzymać, ale nie mógł podlecieć do siostry – coś zatrzymało go w miejscu. Jakby powietrze stało się ścianą.
– LUMO! – krzyknęła Flavia zza bariery. – To pułapka!
Seravax próbował rzucić zaklęcie, ale jego energia rozwiewała się bez skutku.
Lumo oddychał płytko. Chciał się cofnąć, ale wtedy… pojawił się Umbren.
Po prostu był – jakby był tam zawsze. Stał na kamiennej platformie, wyprostowany, spokojny. Jego peleryna falowała, choć nie było wiatru. Twarz miał częściowo zakrytą, ale błysk jego oczu zdradzał pewność siebie.
– Przyszedłeś – uśmiechnął się. – Sam. Cóż za poświęcenie.
– Oddaj moce smokom – powiedział Lumo. – Zatrzymaj to wszystko.
– Zatrzymać? – powtórzył Umbren z przekąsem. – Ja dopiero zacząłem.
Zamachnął się laską. Niebo przecięła czarna błyskawica.
– Zatańczmy, płomyczku.
Lumo zionął ogniem z całych sił. Potężna fala uderzyła w Umbrena… ale rozmyła się przed jego ciałem. Rozpłynęła się w cienki, czarny dym.
– To wszystko? – zapytał cicho.
Lumo wzbił się w powietrze, manewrował, atakował, ale Umbren znikał, przemykał niczym cień na tafli wody.
W końcu stanął pośrodku dziedzińca i stuknął laską w ziemię. Trzykrotnie.
– Myślisz, że jesteś smokiem, bo ziejesz ogniem? Bo latasz i ryczysz? – To kim jestem! – Nie – odparł Umbren. – To kim cię nauczyli, że masz być.
Uniósł laskę.
– A ja wiem, jak kończyć opowieści.
Wypowiedział zaklęcie.
– Cisza Żywiołu.
Ziemia zadrżała. Niebo zamarło.
I ogień… zniknął.
W jednej chwili wszystkie płomienie w Aurum zgasły. Lumo spadł. Jego oddech był pusty. Próbował zionąć – nic. Ruch łap – cisza. Jego siła zgasła.
– Co zrobiłeś… – wyszeptał.
Umbren zszedł po schodach.
– Nie jestem złodziejem. Jestem końcem.
Lumo poczuł, jak z oczu płyną mu łzy. Klęknął. W jego wnętrzu została pustka.
– Wracaj – rzekł Umbren. – Powiedz im, że ich czas się skończył.
Zniknął w mgle.
Lumo zamknął oczy. Nie szukał ognia. Słuchał.
Słów Flavii. Śmiechu Chlapka. Głosu Ventura. Szumu skał. Ciepła.
I wtedy… poczuł chłód.
Nie lękliwy. Nie paraliżujący. Uspokajający.
Ziemia pod nim zamieniła się w lód. Łuski Lumo rozbłysły błękitnym światłem. W jego oczach pojawiła się głębia zimy.
Umbren zamarł. Z jego dłoni trysnęły iskry. Zaklęcia pękały.
Lumo nie płonął. Stał pośród lodowej tafli, z której biło czyste światło.
– To niemożliwe – syknął Umbren. – Ty… nie masz w sobie tej mocy.
– Może jestem czymś więcej – odpowiedział Lumo.
Umbren wypowiedział zaklęcie. Ciemność runęła na Lumo… i zgasła.
Powiał wiatr.
Najpierw szept, potem huk. Popiół wzbił się ku górze. Wiatr nie został wezwany. Sam przyszedł.
Umbren próbował się bronić. Zaklęcia pękały.
– Ty miałeś być słaby! – krzyknął.
– A może nigdy nie chodziło o jeden żywioł – odparł Lumo. – Może chodziło o równowagę.
Zionął lodem. Smuga mrozu trafiła Umbrena. Wiatr uniósł go w górę.
Nie było huku. Tylko cisza.
Umbren zniknął.
Bariera pękła. Flavia, Seravax i Chlapek dopadli Lumo.
– Żyjesz? – zapytała Flavia.
Lumo skinął głową. W jego oczach była tylko cisza.
– To było niesamowite – jęknął Chlapek. – Chyba widziałem śnieg! Albo iskrę!
– To nie koniec – powiedział Seravax.
Z ziemi wydobył kryształ – ciemny, pulsujący smoczą energią.
– Umbren zamknął moce. Ukrył je. Teraz musimy je odzyskać.
Lumo wziął kryształ. Czuł energię – nie swoją. Ale potrzebną. Odchodzącą.
Flavia położyła mu skrzydło na grzbiecie.
– Uratowałeś nas. Ale teraz musimy odzyskać to, co odebrano wszystkim.
Lumo spojrzał na niebo. Zaczynało się przejaśniać.
– W takim razie… to dopiero początek – powiedział.




