
Błysk i Klakson – 10: Od błysku do błota
Tor Monza. Miejsce, gdzie rodzą się legendy.
Gdzie każda prosta to historia, a każdy zakręt może zmienić wszystko.
Tego ranka słońce ledwo przebiło się przez gęstą mgłę. Tłumy zbierały się na trybunach, a w powietrzu wisiała elektryczność. To był ostatni wyścig sezonu. Błysk i Leo mieli po tyle samo punktów. Kto wygra dziś, ten zostaje mistrzem.
Padok przypominał wielki festiwal: kamery, mikrofony, transparenty z imionami zawodników. Błysk próbował skupić się na przygotowaniach, ale czuł ciężar spojrzeń.
Klakson siedział obok, rozkładając notatki.
— Cały świat patrzy — mruknął Błysk.
— Nie cały. Ja patrzę tylko na ciebie — odpowiedział Klakson z uśmiechem. — A poza tym… nie musisz wygrać dla nich. Wygraj dla nas.
Błysk spojrzał na swojego przyjaciela. Od ich pierwszego spotkania w warsztacie minęło tyle czasu, a jednak wszystko było takie samo: silnik, opony i ktoś, kto naprawdę wierzył.
Tymczasem po drugiej stronie padoku Zgrywus przechadzał się z szerokim uśmiechem. Coś w jego zachowaniu było zbyt spokojne. Zbyt pewne siebie. Jakby wiedział coś, czego inni nie wiedzieli.
Silniki zawyły jak lwy. Czerwona linia startu. Zielone światło.
Błysk ruszył równo z Leo. Zakręt numer 1 — jeden z najtrudniejszych na torze. I właśnie tam Zgrywus postanowił zaatakować.
Z pełną prędkością rzucił się do wewnętrznej, pędząc prosto na bok Błyska. W oczach miał błysk szaleństwa.
— Hamuj wcześniej! Teraz! — krzyknął Klakson przez radio.
Błysk nie myślał. Zareagował.
Zwolnił gwałtownie i zjechał minimalnie w bok. Zgrywus przeleciał obok jak torpeda, nie wyrabiając na zakręcie. Wbił się z impetem w barierę z opon, wzbijając tumany kurzu i fragmentów zderzaka.
Cisza. A potem – okrzyki tłumu i komunikat sędziów:
Zgrywus – wykluczony z wyścigu.
Bez dyskusji. Bez powrotu.
Błysk oddychał głęboko.
— Dzięki — szepnął do radia.
— Zawsze patrzę o jeden zakręt dalej niż ty — odpowiedział Klakson spokojnie.
Po eliminacji Zgrywusa wyścig stał się pojedynkiem dwóch tytanów: Leo i Błyska. Zakręt po zakręcie jechali jak lustrzane odbicia — bez błędów, bez prowokacji.
Klakson kontrolował wszystko: temperatury, ciśnienie, strategię.
— Zjeżdżamy razem. 22. okrążenie. Bądź gotów.
Pit stop był perfekcyjny. Ich ostatni wspólny taniec przed finałem. Błysk wrócił na tor tuż za Leo, ale wiedział, że jeszcze wszystko może się wydarzyć.
Około 35. okrążenia opony Błyska zaczęły się ślizgać w szybkim zakręcie Ascari.
— Coś nie gra. Straciłem przyczepność.
— Wiem. Leo też zaczyna mieć problemy.
Ale Leo… Leo jechał jak maszyna. Bez wahania. Zbliżał się.
Na 40. okrążeniu Błysk spuścił głos:
— Może jednak nie dam rady. Może nie jestem tym, kim myślałem. Może to on powinien wygrać…
Wtedy w słuchawkach zapadła cisza.
Po chwili Klakson odezwał się, spokojnie, cicho:
— Wiesz… jeden mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że zawsze powinienem wierzyć w siebie. Nawet kiedy inni nie wierzą.
— Kto to był?
— Ty.
Błysk spojrzał na tor przed sobą. A potem na lusterko. I po raz pierwszy od początku wyścigu się uśmiechnął.
— W takim razie… jadę.
Trzy okrążenia do końca.
Leo prowadził, ale Błysk zbliżał się jak cień. Wykorzystywał każdą szansę, każdy cień asfaltu. W zakręcie Parabolica podjął próbę — nieudaną. Ale nie odpuścił.
Dwa okrążenia do końca.
Równoległa jazda na prostej startowej. W drugim zakręcie Leo zablokował wewnętrzną. Błysk musiał się wycofać. Ale wiedział, że nadchodzi jego moment.
Ostatnie okrążenie. Ostatni zakręt.
Błysk zjechał na zewnętrzną. Nabrał prędkości. Leo spoglądał w lusterka. Czuł go.
Obaj jechali z pełnym ryzykiem. Wibracje na kierownicy. Hałas silników. Kibice stali na nogach.
Meta.
Dwa auta. Równolegle. Cisza.
Na ekranie pojawił się komunikat:
1. Błysk – czas: 1:39.763
2. Leo – czas: 1:39.764
Zwycięstwo o czubek maski.
Tłumy wiwatowały. Fajerwerki rozświetliły niebo nad Monzą. Na podium rozbrzmiała fanfara, a Błysk stanął na najwyższym stopniu ze łzami w reflektorach.
Leo podszedł do niego z uśmiechem. Dotknął jego błotnika i powiedział:
— Dziś byłeś najlepszy. Nie tylko na torze. W sercu też. Gratulacje, mistrzu.
Błysk skinął głową.
— Dziękuję, Leo. To była najtrudniejsza i najpiękniejsza walka w moim życiu.
Obaj spojrzeli na wiwatujących fanów, trzymających transparenty z napisem:
„Błysk i Klakson – Drużyna Marzeń”.
W tłumie dzieci machały flagami, a inne auta przyjeżdżały, by pogratulować. Klakson wyjechał na tor, cały błotnik mu drżał.
— I co teraz?! — krzyknął, prawie płacząc.
Błysk spojrzał na niego. Długo. A potem powiedział:
— Teraz… stworzymy własną serię wyścigów. Taką, w której ty wystartujesz. Wyścigi traktorów.
Klakson uniósł brew.
— A ty?
— Ja? Ja będę twoim mechanikiem. Przecież już wiesz, że mam do tego talent.
Obaj się roześmiali. Uścisk błotnika. Tłum krzyczał ich imiona.
Nie było już tylko Błyska.
Byli Błysk i Klakson.
Zespół. Przyjaciele. Mistrzowie.




